Slow House - nasze miejsce na "końcu świata"

Nade mną słychać co chwilę głośne tupanie i dźwięki jeżdżących po podłodze samochodów, zapewne straży pożarnej i karetki. Chłopcy bawią się z tatą na piętrze tej stuletniej łemkowskiej chałupy na końcu świata. Bo jak inaczej "człowiek z miasta", człowiek permanentnie połączony z internetem i z nie znikającym zasięgiem w telefonie, może poczuć się w tej starej chacie? Chacie w której na próżno szukać telewizora, zmywarki, radia czy zasięgu w "komórce"? Tego ostatniego nie znajdzie się też ani na szczycie góry za chatą, ani w całej wiosce, tylko około dziesięciu kilometrów za nią. Jest tam takie piękne miejsce. Asfaltowa droga biegnie po wzniesieniu, a w dole rozciąga się przepiękny widok na mniejsze i większe górki, lasy, domy. I w takich pięknych okolicznościach, przy tej drodze na wzniesieniu często można zobaczyć zaparkowane samochody. Za pierwszym razem myślałam, że ich właściciele zatrzymali się ze względu na ten piękny widok na dolinę, ale teraz już wiem, że w tym miejscu można "odzyskać" zasięg w telefonie.




Dlaczego Slow House jest wyjątkowy?


Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy do tego domu, nie wiedzieliśmy, że nie będzie tam "zasięgu" w telefonie i że do Pana opiekującego się domem trzeba dzwonić na dwie godziny przed przyjazdem. Nie wiedzieliśmy, że łazienka trochę będzie przypominać tą z filmu "Holiday". Nie wiedzieliśmy, że... po trzech miesiącach pojedziemy tam kolejny raz. To jedno z tych miejsc, w których naprawdę można odpocząć i takie, gdzie wszyscy czujemy się naprawdę dobrze. Chłopcy są przeszczęśliwi, bo na piętrze domu mają ogromną przestrzeń do zabawy z huśtawką przyczepioną do sufitu. Jest też regał z zabawkami idealnymi dla chłopców oraz książkami. Dzięki temu podczas przebywania w chacie mamy dzieci "z głowy", bo bawią się nowymi zabawkami. Na zewnątrz też nie musimy za bardzo martwić się o to, że coś im się stanie.


Jesienią godzinami rzucali małe kamyki do rzeczki (z wodą do kostek) na przeciwko chałupy, a my mogliśmy czytać książki na tarasie. Tych akurat jest sporo w Slow House, a co najmniej jedna trzecia z nich jest w języku francuskim:) Jest też dużo płyt z bajkami i muzyką francuską, której można słuchać dzięki odtwarzaczowi stylizowanemu na stary. Kilka miesięcy temu codziennie włączaliśmy jedną z płyt ze spokojnymi francuskimi utworami, siadaliśmy na kanapie ustawionej przy oknie, przez które patrzyłam na łąki i pola na przeciwko chaty.


Co Wy tam robicie?

Po naszym pierwszym pobycie w Slow House rodzina i znajomi zarzucili nas pytaniami. Co tam robiliście? Ale jak tak można żyć bez zasięgu, bez tv? A zwiedziliście coś? Nie wybraliśmy się na wycieczkę po okolicy, nie jeździliśmy do pobliskiego miasteczka tylko staraliśmy się wyciszyć i odpocząć. Podczas pierwszego pobytu dni mijały nam na czytaniu, zabawie, wspinaniu się na pagórki, a chłopcom dodatkowo na bieganiu po podwórku i na rzucaniu kamieni do rzeki.

Tym razem było tak samo, z tą małą różnicą, że raz wybraliśmy się na stok narciarski, gdzie dzieci mogły choć jeden raz tej zimy zjeżdżać z górki na sankach, bo w naszych rodzinnych stronach zima jest tylko kalendarzowa. Możliwość rzucania się z śnieżkami i zbiegania z "górki na pazurki" sprawiały nam więcej radości niż zwiedzanie nie jednego miasta.



Wystarczyły cztery dni (niestety, znowu musieliśmy wyjechać dzień wcześniej), żebym odpoczęła i wyciszyła się. Bym znowu mogła odzyskać ten wewnętrzny spokój. Kolejny raz przekonałam się, że z każdym rokiem mam coraz większą ochotę przebywać blisko natury. I choć mam możliwość każdego ranka postawić bose stopy na trawie tuż po wyjściu z mieszkania, to i tak obcowanie na co dzień w mieście bywa przytłaczające. Z pewnością łatwiejsze, dzięki wszystkim udogodnieniom, które są "na wyciągnięcie ręki". Jednak to tam, w tej starej chałupie bez telewizora, czułam się wyjątkowo dobrze. Czułam ogromną ulgę, że mogłam sama wyjść z bliźniakami na spacer bez konieczności trzymania ich za ręce i poskramiania prób uwolnienia się z mojego uścisku. Nie musiałam obawiać się, że gdy rozbiegną się w różne strony, to na każdego będzie czyhać niebezpieczeństwo, bo pędzące samochody, których kierowcy często nie zatrzymują się na czerwonym świetle, bo autobusy, rowerzyści pędzący ścieżką rowerową... Tam, w tej małej wiosce było inaczej. Dzieci mogły biegać do woli, a ja nie musiałam się o nie martwić. W końcu poczułam się... wolna i spokojna.


I aż żal było opuszczać Slow House, by wrócić do "normalności". Do wielkiego miasta oferującego tak wiele możliwości, a jednocześnie pozbawiającego tej swobody. Może kiedyś zdobędziemy się na odwagę, by wyprowadzić się na wieś, może chociaż na przedmieścia. Może nadejdzie dzień, w którym wywrócimy nasze poukładane, wygodne życie "do góry nogami". Wiem jednak na pewno, że na wiosnę, a może latem ponownie zawitamy w Slow House - wyjątkowym miejscu i oazie spokoju.

Podziel się tym tekstem na:

1 komentarze

  1. Warto czasami urwać się z biegu normalnego życia i spędzić taki cudowny czas.

    OdpowiedzUsuń